Metal Bikes

26.01.2014

Tytuł

Metal Bikes
Żyj szybko, umieraj młodo.

 

Metal Bikes - Prędkość i brak szacunku dla własnego ciała. Te słowa Seana Burnsa w najkrótszy i najbardziej trafny sposób charakteryzują tę zgraję. Mimo, że od paru lat nie istnieją na rynku, to i tak ich styl, filmy i podejście do życia znają chyba wszyscy, którzy mieli jakikolwiek styk z rowerami BMX. W swojej złotej erze, w okolicach 2008 roku i wydania Dead Bang byli w sferze karkołomnego streetu, gapów i dzikich akcji absolutnie bezkonkurencyjni. Niestety ich podejście do prowadzenia działalności rodem z lat 90' i buntowniczy charakter grupy, sprawił, że metal nie wytrzymał próby czasu i musieli zwinąć manatki.

Firma jako taka została założona przez Jimmy'ego Leevan'a tuż po jego odejściu z S&M w 1998 roku. Od samego początku z nastawieniem na produkcję wysokiej jakości ram, spawanych bez kompromisów w stanach. Pierwsze modele powstawały w warsztacie Spooky Cycles z Nowego Jorku, gdzie z racji ręcznego spawania i małych ilości, cena za gotowy produkt przekraczała 400$. Dzięki temu, świeża maraka musiała z marszu konkurować z najgrubszymi rybami, spawającymi sprzęt hi-end we własnych pracowniach. 

Mimo wysokiej jakości produktów, firma miała problemy ze sprawnym funkcjonowaniem. Głównie przez to, że wszyscy, z Levanem na czele nie należeli do ludzi przesadnie odpowiedzialnych i skorych do siedzenia za biurkiem, załatwiania papierów i reklamacji. Sytuacja w której z firmą skontaktować się można było tylko wtedy, gdy któryś z pracowników miał złamaną miednicę, albo świeżo wstawione w kolano tytanowe płytki trwała do 2004 roku, kiedy Metal częściowo połączył się z S&M, przekazując im sprawy związane z dystrybucją sprzętu, jak również samo wykonawstwo ram.

Partnerstwo z S&M dotrwało do roku 2008. Metal z czasem zaczął stanowić swoistego rodzaju wewnętrzną konkurencję dla podmarki S&M - Fita, a taka sytuacja nie opłacała się raczej zarówno jednej, jak i drugiej stronie. Modele wypuszczone na 2009 rok powstawały już w kooperacji z produkującym na Tajwanie, niemieckim WTP, zamykając tym samym historię Metala USA-made. Sytuacja taka, pozwoliła dodatkowo firmie obniżyć ceny oraz wprowadzić do sprzedaży więcej drobnych sprzętów, typu sprockety, czy siodełka.

W 2001 roku do teamu dołączył Sean Burns, jedna z osób z chyba największym udziałem w tworzeniu legendy marki. Jego "sposób bycia" , jazda i co tu dużo mówić, lekko wypaczona psychika zapewniła mu stat front mana firmy. Niestety to, jak duża część wizerunku i klimatu Metala od niego zależała, w błyskawiczny sposób doprowadziło do jej końca, tuż po tym gdy zdecydował się z niej odejść w 2010 roku, wraz ze znaczną częścią teamu. Nie podano tutaj jednoznacznego powodu rozłamu, ale z późniejszych komentarzy Jimmy'ego i Seana wynikało, że był to efekt ciężkich do pogodzenia relacji przyjaciel - szef i trudności w dogadaniu się w wielu sprawach.

Burns wkrótce po odejściu zaangażował się w rozwój Bone deth'a, która dzisiaj działa prężnie i przejął praktycznie całkowicie spuściznę po Metalu. Obydwaj panowie twierdzą, że całość przebiegła bez wielkich wojen i nadal są dobrymi kumplami. Jak sam Jimmy przyznaje, ciężko mieć pretensje do kogoś, że odszedł z firmy, by założyć własną, skoro Metal był owocem identycznej sytuacji. No, może poza drobnym faktem, że S&M nadal istnieje i ma się całkiem nieźle.

Dzisiaj Po Metalu pozostało tylko nadal aktualne konto na Instagramie, trochę starych części porozrzucanych po sklepach świata, w tym na naszym ALLDAY, i świetne filmy Faded Glory, North West Road Trip i absolutny klasyk Dead Bang. Na szczęście osoby lubujące się w punkowym stylu Metali, równie dobrze odnajdują się w Bone Deth'ie, zwłaszcza, że obydwa teamy składają się w sporej części z tych samych nazwisk.

DEAD BANG. Burns za swoją sekcję (22:30) zgarnął NORA cup